Recenzja dnia: Eriksholm: The Stolen Dream
Nie wiem, kiedy dokładnie złapałem się na tym, że przestałem traktować Eriksholm jako grę skradankową. Może wtedy, gdy po raz trzeci próbowałem przechytrzyć strażnika, a gra przypomniała mi, że to nie Hitman. Może wtedy, gdy w jednej z misji rozgrywałem misterny plan trójką bohaterów, a wszystko zadziałało jak w dobrze zgranym teatrze cieni. Bo Eriksholm: The Stolen Dream to nie typowa skradanka. To gra logiczna z duszą skradanki, a nie na odwrót. I jeśli podejdziemy do niej z takim nastawieniem – czeka nas naprawdę satysfakcjonująca przygoda.
Fabuła? Prosta, ale ujmująca. Miasto inspirowane Skandynawią i Europą z początku XX wieku, lekko „whalepunkowe” w klimacie, w którym wszystko wygląda jak miniaturowa scenografia z papieru i mosiądzu. Główna bohaterka, Hanna, wyrusza na poszukiwania zaginionego brata, a po drodze spotyka buntowniczkę Alvę i milczącego Sebastiana. I choć historia nie próbuje konkurować z narracyjnymi gigantami pokroju Last of Us, to broni się dzięki emocjonalnej szczerości, fantastycznej oprawie audio-wizualnej i zgrabnie podanej ekspozycji.
Voice acting jest znakomity. Nie tylko główne postacie brzmią naturalnie i przekonująco – często to właśnie dialogi tła, podsłuchane rozmowy strażników i mieszkańców miasta, robią robotę w budowaniu atmosfery. Jedna z moich ulubionych scen to moment, gdy kobieta wyznaje zdradę nieprzytomnemu mężowi. Miałem wrażenie, że nie jestem graczem, tylko podglądaczem w świecie z krwi i kości.
Na czym więc polega rozgrywka? To izometryczna gra logiczno-przygodowa, w której przemieszczamy się przez liniowe poziomy, rozwiązując zagadki środowiskowe i unikając strażników. Każda z trzech postaci ma dwie umiejętności: jedną ruchową i jedną „aktywną”. Hanna może przeciskać się przez wąskie przejścia i usypiać wrogów dmuchawką. Alva wspina się na rynny i rzuca kamieniami, by odwrócić uwagę. Sebastian pływa i dusi przeciwników.
To proste zestawy, ale ich połączenie działa zaskakująco dobrze. Czasem trzeba będzie np. zgasić lampę dzięki Alvie, by Hanna mogła przemknąć obok strażnika, a Sebastian dokończy dzieła. Te momenty, gdy wszystko idealnie się zazębia, dają ogromną satysfakcję.
I tak – gra nie pozwala na eksperymenty jak w Dishonored. To nie jest tytuł z otwartym podejściem do problemu. To raczej coś jak Hitman GO – elegancko zaprojektowana łamigłówka, gdzie kluczem jest obserwacja, planowanie i dobre wyczucie czasu. W tym kontekście – gra działa świetnie.
Na szczególną pochwałę zasługuje też warstwa wizualna. Lokacje wyglądają jak wyjęte z dioramy: pięknie oświetlone, z dbałością o najmniejsze detale. Animacje są płynne, cutscenki stylowe, a estetyka gry od początku do końca trzyma wysoki poziom. Czuć, że River End Games włożyło tu serce.
Owszem – momentami tempo bywa powolne, zwłaszcza w pierwszych rozdziałach, gdy sterujemy tylko Hanną. Prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero po wprowadzeniu Alvy i Sebastiana. Ale rozumiem ten wybór – gra uczy nas krok po kroku mechanik, by potem wrzucić na głębszą wodę. Zresztą – kiedy już mamy całą drużynę, pojawia się coś w rodzaju wewnętrznego rytmu, który trudno przerwać.
Są minusy – jak w każdej grze.
Niektóre checkpointy potrafią być złośliwe. Animacje są realistyczne, ale nieco powolne. Czasem można odnieść wrażenie, że gra jest zbyt sztywna w swoich zasadach, zbyt precyzyjna. Ale te niedociągnięcia nie przesłaniają całości. Bo Eriksholm to tytuł z pomysłem, charakterem i duszą.
PLUSY:
- Przepiękna oprawa wizualna i dźwiękowa
- Świetna chemia i mechaniczna synergia postaci
- Klimat i świat przedstawiony – wciągające, pełne smaczków
- Projekt zagadek – jasny, logiczny, satysfakcjonujący
- Kapitalne dialogi tła i detale narracyjne
MINUSY:
- Zbyt sztywne podejście do rozgrywki
- Późne wprowadzenie pełnej drużyny
- Checkpointy czasem potrafią sfrustrować
Po ukończeniu Eriksholm zostałem z poczuciem, że chcę więcej. Więcej tego świata, tej formy podania, tej trójki bohaterów. River End Games, choć debiutuje, dostarczyło produkt, który bije jakością wiele większych tytułów. Jeśli w kolejnym projekcie dadzą graczom odrobinę więcej swobody – to będzie murowany hit.
A póki co? Eriksholm: The Stolen Dream to jedna z tych gier, które może nie zrewolucjonizują gatunku, ale zostają w głowie na długo. I naprawdę warto dać jej szansę – szczególnie, jeśli szukacie czegoś ładnego, spokojnego i z dobrze napisanym rytmem.
| Rozgrywka | |
| Grafika | |
| Dźwięk | |
| Przyjemność z gry |
