Recenzja dodatku Destiny 2: Renegades – bezpieczna ucieczka w stronę odległej galaktyki
Bungie od lat balansuje na krawędzi między innowacją a stagnacją. Po premierze Edge of Fate, która pozostawiła społeczność z mieszanymi uczuciami, najnowsze rozszerzenie – Renegades – miało być punktem zwrotnym. Zamiast jednak wyznaczać nowe szlaki w gatunku looter-shooterów, deweloperzy postanowili schronić się w cieniu giganta. Renegades to produkt, który niemal bez oporów czerpie z estetyki i narracji Gwiezdnych Wojen, oferując doświadczenie poprawne, ale pozbawione autorskiej iskry.
Komfortowa wtórność w fabule
Narracja w Renegades jest zaskakująco przejrzysta, co dla wielu graczy zmęczonych dotychczasową, fragmentaryczną strukturą lore Destiny, będzie ulgą. Historia skupia się na konflikcie z wysłannikiem Dziewiątki – postacią ewidentnie wzorowaną na Kylo Renie – który planuje użycie broni ostatecznej przeciwko Strażnikom.
Choć tempo akcji jest sprawne, trudno oprzeć się wrażeniu, że Bungie poszło na łatwiznę. Wykorzystanie sprawdzonych archetypów (zakony mityczne, binarny podział na dobro i zło, bary przypominające kantynę w Mos Eisley) sprawia, że opowieść śledzi się bez wysiłku, ale i bez większych emocji. To scenariusz napisany według bezpiecznego szablonu, który „działa” tylko dlatego, że gracze znają go z innych mediów od dekad.
Najważniejsze elementy narracyjne:
- Praxic Order: Frakcja, która w tym dodatku staje się centralnym punktem odniesienia, pełniąc rolę zbliżoną do Zakonu Jedi.
- Antagonista: Przewidywalny, choć estetycznie dopracowany przeciwnik, operujący motywem zdrady i potęgi Dziewiątki.
- Kinowość: Bungie wciąż dysponuje jednym z najlepszych zespołów artystycznych w branży. Cutscenki są widowiskowe, nawet jeśli ich treść jest pochodną kina science-fiction lat 70. i 80.
Rozgrywka i systemy
Jedną z największych nowości jest kolejna iteracja systemu Portal. Ma on w założeniu ułatwić nowym i powracającym graczom odnalezienie się w gąszczu aktywności. W praktyce jednak, Portal staje się kolejną warstwą abstrakcji nałożoną na i tak już przeładowany interfejs. Zamiast upraszczać, system ten tworzy dodatkowy krok między graczem a samą rozgrywką.
W kwestii czystej mechaniki, najjaśniejszym punktem jest Praxic Blade – analog miecza świetlnego. Walka tą bronią, rzucanie nią niczym bumerangiem oraz odbijanie pocisków, dostarcza momentalnej satysfakcji. To jednak kolejna „atrakcja”, która po kilku godzinach staje się rutyną.
Bariery wejścia
Renegades cierpi na problem, który trawi Destiny 2 od dawna: zmęczenie materiału wynikające z tarcia systemowego. Gra nie cierpi na brak zawartości, lecz na jej nadmiar przy jednoczesnym braku głębi. Logowanie się do gry przypomina odhaczanie listy obowiązków w pracy, a nie zaproszenie do przygody. Nowy system kontraktów (frakcji) pozwala co prawda na szybszy grind, ale wciąż opiera się na powtarzalnych schematach: „stań tutaj”, „przynieś tamto”, „pokonaj falę wrogów”.
Dodatkowo, frustrację budzi polityka wydawnicza. Cena rozszerzenia sugeruje produkt kompletny, tymczasem brak nowej strefy patrolowej czy raidu w dniu premiery (zastąpionego przez dungeon Equilibrium) sprawia, że stosunek ceny do jakości jest dyskusyjny.
Podsumowanie
Destiny 2: Renegades to rzemieślniczo poprawny dodatek, który zadowoli osoby szukające „więcej tego samego” w ładniejszym opakowaniu. Dla weteranów serii będzie to jednak gorzka pigułka – dowód na to, że Bungie zaczyna brakować odwagi do rozwijania własnej tożsamości. To bezpieczna przystań, która może przyciągnąć graczy na kilka tygodni, ale nie rozwiązuje żadnego z fundamentalnych problemów produkcji.
Ocena: 7.5/10
Graliśmy w dodatek na konsoli Xbox Series X.