hell let loose vietnam pc steam cover

Recenzja Hell Let Loose: Vietnam – godny następca oryginału czy przedwczesna premiera?

Wojna w Wietnamie od lat była wielką nieobecną w segmencie dużych gier wojennych. Właśnie dlatego zapowiedź Hell Let Loose: Vietnam studia Expression Games wywołała u mnie tyle emocji — bo pomysł przeniesienia hardkorowej, opartej na współpracy formuły pierwowzoru w dżungle, na pola ryżowe i rzeki Wietnamu jest po prostu znakomity. Po kilkunastu godzinach spędzonych w tej grze mam jednak wrażenie, że dostałem coś w rodzaju wczesnej wersji testowej, która przypadkiem dostała naklejkę „premiera 1.0”. Potencjał jest ogromny. Stan techniczny — znacznie mniej.

Ta sama filozofia, nowa wojna

image 5

Sercem Hell Let Loose: Vietnam pozostaje to, co zdefiniowało oryginał. Rozgrywka toczy się z perspektywy pierwszej osoby między dwiema drużynami liczącymi do pięćdziesięciu graczy każda. Zamiast aliantów i Wehrmachtu mamy tu siły zbrojne Stanów Zjednoczonych naprzeciw Wietnamskiej Armii Ludowej i Viet Congu. Kluczowa filozofia się nie zmienia: to nie twój współczynnik zabójstw decyduje o sukcesie, lecz komunikacja i koordynacja całej drużyny. Mechanika nagradza granie zespołowe, a samotni wilki szybko odbijają się od tej gry.

I gdy to wszystko działa, działa fantastycznie. Strzelanie jest satysfakcjonujące, napięcie w dobrze zgranym squadzie wyczuwalne, a poczucie bycia trybikiem w wielkiej machinie wojennej — dokładnie takie, jakiego oczekiwałem. To wciąż ta sama gra, która potrafi dostarczyć emocji niedostępnych w żadnym mainstreamowym shooterze, i jest odświeżającą odmianą po tym, w co zamienił się rynek dużych sieciowych strzelanek.

Dżungla, rzeki i śmigłowce

image 6

Wietnamski setting to nie tylko zmiana skórki. Hell Let Loose: Vietnam wprowadza elementy, których w pierwowzorze nie było, i to one nadają grze świeżości. Na start dostajemy sześć map inspirowanych — choć nie odwzorowanych jeden do jednego — decydującymi momentami wojny, jak Operacja Starlite czy Operacja Piranha. Znajdziemy tu dżungle, pola ryżowe, plaże i wzgórza, a każda mapa oferuje rozbudowaną sieć rzek.

Najważniejszą nowością są pojazdy dopasowane do realiów konfliktu. Śmigłowce, dostępne wyłącznie dla drużyny amerykańskiej, całkowicie zmieniają dynamikę przerzucania oddziałów i wsparcia z powietrza. Po stronie północnowietnamskiej odpowiedzią jest budowa systemów tuneli — asymetryczna mechanika, która świetnie oddaje charakter tej wojny. Obie drużyny dysponują łodziami, a kontrola nad rzekami bywa kluczowa dla powodzenia natarcia. Ta asymetria między stronami to jeden z najlepszych pomysłów w grze i wyróżnia ją na tle oryginału. Nineteen klas do wyboru daje przy tym sporą różnorodność ról na polu bitwy.

I tu zaczynają się schody

image 7

Niestety, im dłużej gram, tym trudniej ignorować stan techniczny gry. Bo Hell Let Loose: Vietnam, w obecnej formie, sprawia wrażenie produkcji, która trafiła na rynek o kilka miesięcy za wcześnie.

Serwery regularnie się wykładają. Znalezienie działającego serwera potrafi być wyzwaniem samym w sobie, a gdy już się uda i squad faktycznie współpracuje, w każdej chwili może dojść do crasha, który wyrzuca wszystkich z rozgrywki. Do tego dochodzi cała lista błędów, z których część jest krytyczna dla rozgrywki. Jakość dźwięku to osobny problem — odgłosy broni i poruszania się przeciwników przez zarośla są słabe i nieczytelne, co w grze tak mocno opartej na dźwiękowym rozpoznawaniu sytuacji jest poważną wadą. Czat głosowy również ma swoje bolączki, choć część graczy twierdzi, że da się je obejść.

Brakuje też podstawowych udogodnień, które w grze tego typu powinny być standardem. Wiele osób opisuje to samo wrażenie co ja: to nie jest skończony produkt, lecz wczesny build z ogromnym potencjałem, który potrzebuje jeszcze mnóstwa pracy, zanim stanie się tym, co obiecują twórcy.

Problem, który może pogrążyć grę

Największym zagrożeniem nie jest jednak żaden pojedynczy błąd, lecz coś znacznie groźniejszego dla gry sieciowej: liczba graczy. Zaledwie kilka dni po premierze na serwerach europejskich zrobiło się niepokojąco pusto. Poza godzinami szczytu jedyne aktywne serwery w Europie to często serwery społecznościowe, zamknięte de facto dla graczy mówiących wyłącznie po francusku, polsku czy hiszpańsku — co dla kogoś spoza tych grup językowych oznacza brak realnej możliwości współpracy, a bez współpracy ta gra po prostu nie działa.

To gorzka ironia. Gra, której cała tożsamość opiera się na komunikacji i koordynacji pięćdziesięcioosobowych drużyn, może polec nie z powodu błędów, lecz dlatego, że zabraknie ludzi do zapełnienia serwerów. Dla tytułu sieciowego to egzystencjalne zagrożenie, i to ono martwi mnie najbardziej.

Co napawa nadzieją

image 8

Sprawiedliwie trzeba jednak oddać grze to, co robi dobrze — a robi sporo. Mimo wszystkich problemów technicznych urok tej gry przebija się przez warstwę błędów. Kiedy trafisz na działający serwer ze zgranym squadem, Hell Let Loose: Vietnam dostarcza doświadczenia, którego nie znajdziesz nigdzie indziej. Wielu graczy, łącznie ze mną, mimo narzekań na stan techniczny podsumowuje swoje wrażenia krótko: „buggy, ale urok przeważa nad wadami”.

Gra działa na Unreal Engine 5, a znaczna część kodu odziedziczonego po oryginale została przepisana od podstaw, co daje solidne fundamenty pod przyszły rozwój. Studio z Manchesteru sięgnęło nawet po prawdziwą broń z kolekcji Royal Armouries jako materiał referencyjny, co świadczy o dbałości o detale. Team17 zapewnia, że rozwój tej gry nie odbędzie się kosztem oryginalnego Hell Let Loose, bo powstał osobny zespół deweloperski. Jeśli aktualizacje będą przychodzić regularnie i szybko, ten tytuł ma szansę stać się czymś naprawdę wyjątkowym.

Czy warto zagrać w Hell Let Loose: Vietnam?

Hell Let Loose: Vietnam to gra ze znakomitym pomysłem, świeżym settingiem i solidnym fundamentem, uwięziona w wersji premierowej, która sprawia wrażenie zaawansowanej bety. Wietnamski konflikt oddany z asymetrią między stronami, śmigłowce, tunele, rzeki i sześć klimatycznych map to elementy, które naprawdę wnoszą coś nowego do formuły. Gdy wszystko działa, a squad współpracuje, to jedno z lepszych taktycznych doświadczeń sieciowych na rynku i miła odmiana po tym, czym stał się Battlefield.

Problem w tym, że w obecnym stanie gra jest niestabilna, buggy, ma słaby dźwięk i — co najgroźniejsze — już kilka dni po premierze zmaga się z problemem pustawych serwerów w Europie. Jeśli masz własną, zgraną ekipę do wspólnej gry i tolerancję na chropowatości, możesz czerpać z tej gry mnóstwo frajdy już teraz. Ale jeśli liczysz na dopracowane, stabilne doświadczenie albo grasz głównie z losowymi graczami, radzę poczekać na kilka porządnych aktualizacji i zobaczyć, czy studio zdoła utrzymać populację graczy. Fundament jest tu na tyle mocny, że szczerze kibicuję tej grze — ale kupowanie jej dziś to inwestycja w obietnicę, nie w gotowy produkt.

Rozgrywka
Grafika
Dźwięk
Przyjemność z gry
Nasza ocena jakości
Ocena użytkowników:
[Oddanych głosów: 0 Średnia ocena: 0]

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *