20260821100358 1

Recenzja The Lord of the Rings: War in the North — Legacy Edition – wracam po 15 latach i kooperacja dalej jest zepsuta

W 2011 roku kupiłem LOTR: War in the North głównie dla kooperacji. Śródziemie, trzech bohaterów, hordy orków do posiekania z dwoma kumplami – brzmiało jak spełnienie growego marzenia fana Tolkiena. Problem w tym, że tryb sieciowy był wtedy rozbity i po kilku frustrujących sesjach gra wylądowała na półce. Kiedy Aspyr bez zapowiedzi wrzuciło Legacy Edition na Steam, poczułem coś w rodzaju drugiej szansy. Piętnaście lat później siadam do tego samego tytułu z nadzieją, że tym razem będzie inaczej. I mam mieszane uczucia, bo część rzeczy naprawiono znakomicie, a część… cóż, wróciła jak zły sen.

Rozgrywka

20260821100801 1

Zacznijmy od tego, co zawsze mnie w tej grze urzekało. Podczas gdy Frodo i Sam wloką się w stronę Góry Przeznaczenia w historii, którą wszyscy znamy na pamięć, na północy toczy się zupełnie inna walka. Czarny Númenorejczyk Agandaûr, sługa Saurona, zebrał ogromną armię w ruinach Fornostu i ktoś musi go powstrzymać. Tym kimś jest nowa drużyna trojga bohaterów: Eradan, łowca z rodu Dúnedainów walczący łukiem i mieczem; Andriel, elficka Znawczyni Wiedzy lecząca i rzucająca zaklęcia obszarowe; oraz Farin, krasnoludzki Czempion, który wchłania obrażenia i oddaje z nawiązką.

To, co w Śródziemiu zawsze kochałem najbardziej, to fakt, że jest wypełnione po brzegi postaciami drugoplanowymi i bitwami toczącymi się tuż poza kadrem. War in the North pozwala mi zagrać jeden z tych nieopowiedzianych wątków, i robi to trzymając się kanonu. Po drodze wpadam na Aragorna, Gandalfa i Elronda, odwiedzam Rivendell, Lórien i Mroczną Puszczę. Dla fana to czysta przyjemność, a przerywniki filmowe naprawdę wciągnęły mnie w tę historię tak samo jak dawniej.

Co Legacy Edition robi lepiej

20260821101205 1

I tu muszę oddać Aspyrowi sprawiedliwość, bo część zmian to dokładnie to, na co czekałem przez lata. Oryginał miał jeden wspólny ekwipunek dla całej drużyny, co było źródłem nieustannej irytacji. Teraz każda postać ma własny plecak, co daje mnóstwo miejsca na przechowywanie i wymianę przedmiotów. Możliwość płynnego przełączania się między bohaterami w locie — do ulepszania, napraw i zmiany wyposażenia — sprawia, że rozgrywka jest o wiele bardziej płynna niż pamiętam. Każda postać ma własne monety i sama kupuje mikstury, a w walce używa ich automatycznie.

Do tego dochodzi kooperacja na podzielonym ekranie, pełne wsparcie kontrolera i szereg poprawek technicznych. To nie są spektakularne nowości, ale eliminują realne bolączki z 2011 roku. Grając solo na normalnym poziomie trudności nie natrafiłem na nic przesadnie karcącego, a gra działa świetnie na każdym sprzęcie, na którym ją odpaliłem — od peceta po handheld.

Do czego wracamy

20260821100919 1

Bądźmy szczerzy co do tego, czym ta edycja jest. To nie jest remake ani bogaty remaster. Grafikę nieco podrasowano, ale gra wciąż wygląda i gra się w nią jak w tytuł konsolowy z początku poprzedniej dekady. To świeża warstwa tej samej farby — i wcale mnie to nie złości. Odpalenie War in the North przeniosło mnie prosto do czasów PlayStation, od których zaczęła się moja miłość do gier. Archaiczny interfejs ma tę uroczą toporność, walka to podstawowy sieczka-rąbanka, a pod spodem kryje się satysfakcjonująca pętla zbierania łupów, przy której spędziłem niemal tyle samo czasu w menu, porównując ekwipunek, co siekąc orki.

Warto wiedzieć jedno: gra chce, żeby przejść ją kilka razy. Przeciwnik jest zawsze o jeden poziom trudności wyżej niż ty, wszystko przenosi się między przejściami, a poziomy Heroiczny i Legendarny są zablokowane do ukończenia Normalnego. Jeśli pominiesz Łatwy, zostawiasz sporo punktów umiejętności, których zabraknie ci na szczycie. To starej daty struktura progresji, którą szanuję, choć brak możliwości wskoczenia od razu na wyższy poziom trudności przy pierwszym podejściu lekko irytuje.

I znowu ta kooperacja

20260821102024 1

A teraz sedno mojego powrotu — i moje największe rozczarowanie. Wróciłem tu przede wszystkim dla trybu sieciowego. To w gruncie rzeczy jedna z najlepszych kooperacyjnych sieczek swojej epoki, a cały jej urok polega na wskakiwaniu do gier ze znajomymi lub losowymi graczami i pokazywaniu swojego spersonalizowanego bohatera z własnym ekwipunkiem.

Tyle że w obecnym stanie tryb online to bałagan. Kiedy dołączasz do cudzej gry, jesteś zmuszony grać jego postaciami, a po wyjściu nie zachowujesz zdobytego doświadczenia ani łupów. Cała frajda z pomagania losowym graczom własną rozwiniętą postacią po prostu znika. Gorzej — powracają problemy z zapisem. W wielu konfiguracjach tylko host zachowuje prawidłowy save, a pozostała dwójka dostaje komunikat o niemożności zapisu. Istnieją obejścia społecznościowe, polegające na ręcznym przesyłaniu plików zapisu przez Discord i wczytywaniu się u handlarza, żeby wymusić lokalny zapis, ale serio — nie powinienem odprawiać rytuału, żeby zagrać z kolegami w grę kooperacyjną.

Ironia jest gorzka. Wracam po piętnastu latach do gry, którą porzuciłem właśnie przez zepsutą kooperację, a ona wita mnie tym samym problemem. Kiedy udało mi się rozegrać czystą sesję online i pamiętałem, żeby zakończyć ją w huba w Bree, postęp zapisał się bez zarzutu — więc da się to naprawić. Po prostu jeszcze nie naprawiono.

Do tego dochodzi sztuczna inteligencja towarzyszy w trybie solo. Zostawieni sami sobie potrafią wpakować się w kłopoty i paść, zostawiając cię samego z hordami, podczas gdy próbujesz ich wskrzesić. Da się to ogarnąć, ale w początkowej fazie, zanim build się rozkręci, bywa frustrujące.

Czy warto zagrać w War in the North: Legacy Edition?

20260821100724 1

Odpowiedź jest skomplikowana, bo zależy od tego, po co przychodzisz. Jeśli jesteś fanem Władcy Pierścieni, który kocha starą szkołę action RPG i chce zagrać solo albo na kanapie w splitscreenie — zdecydowanie tak. Równoległa do filmów historia autentycznie wciąga, pętla łupów i umiejętności uzależnia, przełączanie postaci i osobne ekwipunki czynią z tego definitywną wersję gry, a nostalgiczny klemps z okolic 2011 roku jest zaletą, nie wadą, jeśli jesteś skrojony tak jak ja.

Ale jeśli, tak jak ja piętnaście lat temu, wracasz tu głównie dla kooperacji online z zachowaniem własnej postaci i postępów — wstrzymaj się, aż Aspyr załata problemy z zapisem i wymuszaniem cudzych bohaterów. Bo w tej chwili to doświadczenie jest zepsute, dokładnie tak samo jak było w 2011. Solo i lokalny splitscreen to dziś pewne opcje. Jeśli Aspyr ogarnie stronę sieciową — a naprawdę mam nadzieję, że ogarnie — ta gra stanie się rekomendacją bez wahania. Na razie zostaję z tym samym gorzko-słodkim uczuciem co dawniej: genialna gra, do której wciąż nie mogę zagrać tak, jak chcę.

Ocena: 7,5/10

Rozgrywka
Grafika
Dźwięk
Przyjemność z gry
Nasza ocena jakości
Ocena użytkowników:
[Oddanych głosów: 0 Średnia ocena: 0]

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *