Ratatan – czy to wreszcie godny następca Patapona?
Recenzje gier rytmicznych zawsze są ryzykowne. Z jednej strony mamy niszowy gatunek, który od lat żyje własnym życiem i rzadko kiedy przebija się do mainstreamu. Z drugiej – kiedy już coś trafi, to budzi ogromne emocje. Ratatan to właśnie taki przypadek. Gra, która oficjalnie nie jest Pataponem, ale patrząc na ekran, trudno pozbyć się wrażenia, że ktoś celowo puszcza oko w stronę fanów tej serii. I to oko… dosłownie, bo design postaci aż prosi się o nostalgiczny uśmiech.
Na początku miałem spore obawy. Roguelike w połączeniu z rytmem? Brzmiało jak przepis na frustrację. W becie gra mnie trochę odrzuciła – tempo było dziwne, a sama struktura runów zdawała się przekombinowana. Ale kilka dni z pełną wersją wystarczyło, żeby zmienić zdanie. Ratatan nie próbuje kopiować Patapona 1:1. To raczej rozwinięcie idei – bardziej chaotyczne, mniej przewidywalne, ale też świeższe.
Najważniejsze: gra jest przyjemnie płynna. Każdy run to zestaw losowych wyzwań, gdzie dobieramy runy, ulepszenia i podejmujemy decyzje, które w dłuższej perspektywie rzutują na wynik. Ten element losowości wkurzał mnie na początku, bo brakowało mi czegoś w stylu „Drzewa Życia” z Patapona, gdzie różne typy jednostek dawały różne strategie. Tu natomiast trzeba pogodzić się z losem. Ale po chwili zrozumiałem – w tym tkwi urok roguelike’a. Nigdy nie wiesz, co ci się trafi, i właśnie to daje chęć na kolejne podejście.
Sam gameplay to mieszanka rytmu, taktyki i – niespodzianka – bullet hell. Ataki trzeba nie tylko wystukiwać we właściwym rytmie, ale też unikać całej lawiny pocisków. Jeśli ktoś grał w Touhou, będzie wiedział, o co chodzi. Najważniejsze, że pomyłka boli od razu – nie drużynę, a ciebie samego, więc odpowiedzialność spada wprost na gracza. I to poczucie „to moja wina” sprawia, że każda próba uczy.
Tryb kooperacji online do czterech osób to ciekawy dodatek. Z jednej strony świetnie jest pokrzyczeć z kolegami do mikrofonu, kiedy każdy wystukuje inne komendy, z drugiej – robi się totalny chaos. Ale chaos w pozytywnym sensie. Fajnym rozwiązaniem jest to, że nagrody są przydzielane indywidualnie, więc nikt nie czuje się pokrzywdzony. Problemem bywa wybór ścieżki – jeden gracz chce pójść tam, drugi gdzie indziej, i zaczyna się mała negocjacja. W praktyce to jednak bardziej śmieszne niż irytujące.
Jeśli chodzi o jakość życia – widać, że twórcy pomyśleli o nowych graczach. Początki są uproszczone, mniej mikrozarządzania, więcej skupienia na rytmie. Dopiero z czasem dochodzą dodatkowe mechaniki. To dobry kompromis – starzy wyjadacze i tak przełączą się na pełną kontrolę, a nowi nie uciekną z krzykiem po pierwszych pięciu minutach.
Czy poleciłbym Ratatan? Tak, choć nie każdemu. To gra dla tych, którzy lubią rytm, roguelike’i i bullet hell w jednym pakiecie. Jeśli ktoś liczy na Patapon 4, może się rozczarować – tu klimat jest podobny, ale mechanika idzie w inną stronę. Za to jeśli szuka się świeżej mieszanki, która potrafi i sfrustrować, i rozbawić, to trudno o lepszy wybór.
Plusy? Nostalgia, świetne połączenie rytmu z akcją, duża różnorodność runów, tryb co-op i urocza oprawa. Minusy? Losowość, która czasem bywa bezlitosna, brak większej personalizacji jednostek i momentami przesyt chaosu.
Po kilku dniach z grą czuję coś, czego nie spodziewałem się poczuć – radość podobną do tej sprzed lat. Ratatan nie jest dla każdego, ale dla mnie okazał się czymś więcej niż duchowym spadkobiercą Patapona. To gra, która przypomina, że rytm potrafi być sercem rozgrywki, a przy okazji udowadnia, że wciąż można wymyślić coś nowego w starym gatunku.
Czyli… tak, polecam. Ale ostrzegam: raz złapiesz rytm, i nie wypuści cię tak łatwo.
| Rozgrywka | |
| Grafika | |
| Dźwięk | |
| Przyjemność z gry |
